POLKA WE WŁOSZECH - BLOG

ETNA

Przyznam się bez bicia, że pomysł wyjazdu na Sycylię zrodził się w celu obejrzenia cytrusów. Jak to jest, że taki pyszny owocek rośnie sobie na drzewie, tak jak w Polsce jabłko...  A osobiste zerwanie pomarańczki z drzewa kojarzyło mi się z pełnią szczęścia. Wiadomo, Raj i te sprawy...

Opis więc będzie tematycznie związany z cytrusami. I to one będą się przewijały przez dużą część opisów Sycylii. Zacznę od podstaw, czyli gruntu, czyli terenu.

A właściwie to dlaczego  cytrusy sycylijskie są jedyne w swoim rodzaju? Mają i smak i konsystencję i kolorek...

O tym będzie cały elaborat, bo jest to tak zwany „temat-rzeka”, ale na razie skupię się na specyficznym podłożu, w którym rosną drzewka cytrusowe. I skąd się ono bierze?

A stąd:

Nie robię sobie jaj. To pośrodku fotki to jest Etna. Kto nie uciekał z lekcji geografii w podstawówce, to wie, że jest to wulkan najwyższy w Europie. I najaktywniejszy. Obie te charakterystyki miałam okazję zweryfikować osobiście, ponieważ dymiący czubek widać z naprawdę odległych miejsc (no nie z Palermo, ale z miejscowości Scordia widać doskonale), a co do aktywności, to trzeciego dnia mojego pobytu Etna wykonała coś takiego:

Wbrew pozorom nie jest to płonący wieżowiec, a chmura pyłów wulkanicznych, które Etna tego poranka obficie z siebie wypluła i szczodrze rozsypała po całej okolicy.

Zdjęcie jest nikłej jakości, bo i sprzęt nietęgi, ale z okien mojego hotelu widać czym pluje wulkan.

Zdjęcia były robione bladym świtem jeszcze przed siódmą, na początku stycznia. A o dziesiątej  tego samego dnia okolica w promieniu kilkudziesięciu kilometrów pokryła się grubszą i cieńszą warstwą pyłu wulkanicznego.

Autorytatywnie stwierdzam, że nazwa pyły, czy popioły wulkaniczne jest wysoce umowna, bo to co znam jako pył i jako popiół z życia codziennego nie ma nic wspólnego z tym, czym Etna udekorowała okolicę. Jak widać na zdjęciu, rozmazałam to butem i wzięłam trochę na palce. Są to drobinki prawie jak piasek, ale nie okrągłe i gładkie, a o ostrych, kanciastych krawędziach, szorstkie i nieprzyjemne w dotyku, mimo że maciupeńkie. Do ostrych krawędzi wulkanicznych drobinek jeszcze powrócę.

Tam gdzie robiłam powyższą fotkę, spadło tego tylko tyle, ale już w bliższych miejscowościach pyły pokryły ulice dziesięciocentymetrową warstwą. W gazecie z następnego dnia widziałam.

Tubylcy kochają Etnę,  bo jest to wulkan choć aktywny, to niezbyt niebezpieczny. W przeciwieństwie do Wezuwiusza, który wybucha rzadko, ale za to jak już, to spektakularnie niszcząc wszystko dookoła bez cienia litości (patrz: Pompeje), Etna nie dosyć, że zachowuje się przyzwoicie, pykając sobie co jakiś czas białym dymkiem i czarnymi drobinkami, to jeszcze dostarcza życiodajnych substancji wszelakiej maści okolicznym istotom żywym.

Otóż Sycylijczycy zawdzięczają Etnie materiał budowlany (uprzejmie proszę się przypatrzeć, z czego jest zbudowany płonący wieżowiec na fotce powyżej), nawóz naturalny dla roślinności, ponoć lepszy niż wszelkie nawozy naturalne i sztuczne razem wzięte (biorąc pod uwage ilość i jakość rosnących dookołą cytrusów, jestem skłonna uwierzyć w to bez zastrzeżeń!), oraz najbardziej naturalny zbiornik wodny na okres letni. Już tereny Sycylii południowo zachodniej nie są aż tak urodzajne i tak obficie porośnięte florą jak Nizina Katanii.

Jako nawóz ziemia z zawartością pyłów wulkanicznych i w ogóle czegokolwiek pochodzenia wulkanicznego jest do tego stopnia niepowtarzalna, że takich walorów organoleptycznych w zbieranych owocach nie da się powtórzyć w żadnych innych warunkach!

Chińczycy, jak wiadomo, podrabiają wszystko i potem to usiłują sprzedać za cenę dużo niższą od oryginału. Opowiedziano mi, że próbowali również podrabiać i czerwone sycylijskie pomarańcze. I gie! Nie wyszło im! Przylecieli potem na Sycylię z położonymi po sobie uszami i pozawierali kontrakty na import.

To właśnie ziemia z zawartością pyłow wulkanicznych w połączeniu z chłodkiem sycylijskiej zimy daje taki efekt:

Na zdjęciu widać że pomarańczka jest jeszcze niekompletnie dojrzała i niekompletnie wybarwiona. Do tego tematu oczywiście powrócę, a teraz trochę dokładniej o Etnie.

Poświęciłam się i dałam się zawlec na wysokość zabójczą dla mego organizmu, tj ponad 2000 metrów n.p.m. Myślałam że zejdę, ale czego się nie robi, żeby dziecię jedyne uszczęśliwić.

Etna, nazywana też Mongibello, to stosunkowo młody wulkanik. Ma tylko jakieś dwa miliony lat. Alternatywna nazwa Mongibello nie ma nic wspólnego z włoskim przymiotnikiem „bello”  czyli ładny/piękny, a ze zlepkiem wyrazów pochodzenia włoskiego i arabskiego. „Monte” po włosku góra i „ghebel” po arabsku również góra. Powalająca logika.

Jak już wcześniej napomknęłam jest to stosunkowo grzeczny wulkanik. Najwięcej narozrabiał w 1381 i w 1669 roku. Efekty jego aktywności z XVII wieku w postaci lawy dotarły aż do Katanii, co widać na poniższej rycinie:

Wiem, że niewyraźnie widać, ale dzidzia fotografowała, nie przewidując kariery zdjęcia jako ilustracji do opublikowania. Katania to ten jasny kawalek, a to czarne dookoła to lawa opływająca miasto.

Kto lubi góry i latem uskutecznia piesze wycieczki po nieprzyjaznych, garbatych terenach, a zimą oddaje sie białemu szaleństwu, to znajdzie tu dla siebie rozrywkę przez cały, okrągły rok. Etna łączy w sobie śnieg i ognie piekielne, obfitą roślinność i czerń krajobrazu jak z księżyca, bez jednego listka...

No bez przesady. Fragmentarycznie Etna pokryta jest roślinnością. Różnie. Co lepsi pamiętają z lekcji geografii o Polsce, że w Tatrach roślinność występuje piętrowo i im wyżej, tym ta roślinność jest rzadsza i bardziej byle jaka. Głupio się przyznać, ale ja z tego zapamiętałam tylko coś, co się nazywało kosodrzewina i tak na codzień to nawet nie pamiętam nawet jak wygląda.

No i Etnę też porastają rozmaite organizmy.  Co odróżnia Etnę od zwykłych gór, to fakt, że tu oprócz wysokości ma do wtrącenia swoje trzy grosze również i odczyn lawy. Przy zasadowym odczynie rośnie co innego i przy kwaśnym co innego. Poza tym te całe skały pochodzenia wulkanicznego  zawierają w sobie rozmaite pierwiastki chemiczne, ale tez właśnie nierównomiernie. Niektóre mają więcej siarki, niektóre żelaza, wapnia a niektóre magnezu. Dobry specjalista wulkanolog od pierwszego rzutu oka wie, czego akurat dany kawałek skały zawiera najwięcej, bo rozpozna po kolorze.

Ładnie to wygląda. Ja na przykład przeżyłam zdecydowaną większość mego życia w granitowym przekonaniu, że skały pochodznia wulkanicznego są WYŁĄCZNIE  czarne. No, może jeszcze ciemnoszare. A tu proszę, niespodzianka! Są owszem, czarne, ale też brązowe, szare, sraczkowate, rude, rdzawe, czerwone, różowe, pomarańczowe i żółte.

Na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. rośnie takie coś:

Zostałam ostrzeżona przed tym na pierwszej fotce. Wygląda jak niewinna, miękka i kosmata roślinka, a w rzeczywistości jest to potwór  uzbrojony gorzej niż najbardziej zdradliwy kaktus. To, co wygląda jak mechate włoski w rzeczywistości jest twardym kolcem i biada temu, co wdepnie w to w niższych butach.

Roślinność jak jej dać szansę to po jakimś czasie skolonizuje wszystko. Lawa, co świeżo wypłynęła z wnętrza wulkanu wkrótce przestaje być łysa i jednokolorowa. Zalęgają się na niej mchy i porosty.

W celu zadowolenia dorosłego już dziecka opłaciłam półdniową eskapadę na Etnę. W programie  był dowóz na miejsce terenówą, przewodnik, taplanie się w śniegu w zimowych temperaturach, łażenie po nieczynnych kominach wulkanu oraz zejście do groty wyżłobionej przez lawę.

Dla mnie sporty ekstremalne, bo ja ze sportów to tylko letnie i miejskie. I tak letnie to leżaczek nad morską tonią w czterdziestostopniowym upale, a z miejskich to biegi za uciekającym autobusem lub tramwajem komunikacji publicznej.

Trudno jest zadowolić dorosłe dziecko, ale się udało. W pierwszy zachwyt dzidzia wpadła na widok bryki, jaką mieliśmy zostać dowiezieni na miejsce rozrywki.

Defender to się nazywa. Podobno sam szał. Ok. Niech będzie szał.

Na wyprawę na Etnę założyłam podwójne spodnie, ciepłą kurtkę, dwa swetry, czapkę i ciepłe rękawiczki. I bardzo dobrze zrobiłam, bo z samego początku była całkiem niezła pogoda...

Schronisko „La Sapienza”

Unikam chadzania po górach, staram się nie bywać w takich miejscach i jakoś schronisko zawsze kojarzyło mi się z przaśną chatką, pokrytą strzechą, z kominkiem i gdzie sypia się na podłodze, we własnym, przytarganym na plecach śpiworku. Prawda, że budowla na zdjęciu  nieco odbiega od podanego przeze mnie opisu? Mogę się założyć o trzy euro, że w takim czymś napewno nie śpi się na podłodze we własnym śpiworku.

Cena noclegu mnie nawet nie zainteresowała bo i tak napewno mnie na to nie stać. Co innego zaprzątało mi myśli. Ile trzeba się napracować, żeby utrzymać to w takim stanie jaki widzicie. Przecież Etna jak pluje czymkolwiek, to nie omija staranie dzieł rąk ludzkich z samego szacunku dla ich efektownego wykonania... Już pomijam zwykłe czynności przy utrzymaniu budynku w stanie używalności, ale ochrona przed napływającą lawą i tym całym pyłem wulkanicznym to musi być niezła harówa.

Nasz pan przewodnik, o tak wyglądający...

(żeńska część czytelniczek może sobie powzdychać, było na czym oczko zawiesić)

... opowiedział nam, że jednym ze skuteczniejszych sposobów na zatrzymanie napierającej lawy, jest skierowanie jej strumienia w nieco innym kierunku. Nie jest to łatwe zajęcie, bo wymaga na przykład obecności beczkowozów z wodą. Odbywa się to zaś w ten sposób, że napierającą lawę polewa się zimna wodą,  dzięki czemu ona szybciej tężeje, nawarstwia się, polewa się kolejną warstwę, ta też tężeje, wyrasta z tego taki jakby mur, zapora, która ukierunkowuje strumień kolejnej lawy a to w lewo a to w prawo, zależnie od aktualnych potrzeb.

Sycylijczycy muszą o to dbać, bo jest to interes szalenie opłacalny. Etna przyciąga mnóstwo turystów. Od takich totalnych ignorantów i górskich bezbożników jak ja, poprzez fanatyków zdobywania wszystkich kolejnych szczytów tego globu, adoratorów sportów ekstremalnych, narciarskich białych szaleństw, aż po naukowców, wulkanologów, geologów i im podobnych.

Etna jest, jak się bowiem okazuje jedynym na świecie wulkanem, który odwala aż trzy typy działalności wulkanicznej. Tak zwane trzy w jednym, to nie w kij dmuchał i to w dodatku prawie w środku cywilizowanej Europy.

Bo trzeba wiedzieć (a ja oczywiście nie wiedziałam), że są różne rodzaje działalności wulkanicznej.

- wulkaniczna zasadnicza, czyli plucie wszelkiej maśći materiałem geologicznym: kamieniami, pyłem, dymem i lawą, z wielkim impetem i w celach destrukcyjnych;

- typu hawajskiego, czyli sam wypływ lawy, o odczynie zasadowym, przez co bardziej płynnym;

- typu Stromboli, czyli bardzo energicznym wypluwaniu materiału wulkanicznego, na dużą wysokość i z popisami pirotechnicznymi, dającymi bardzo spektakularny efekt.

Jest tych  rodzajów oczywiście więcej. Jak mnie czyta jakiś doświadczony wulkanolog, to proszę o sprostowanie ewentualnych bzdur. Pisze jak zrozumiałam i zapamiętałam, a możliwości robienia notatek na wysokości 2000 metrów, przy lodowatym wietrze, w niesprzyjających warunkach raczej nie przewidywałam.

No właśnie. Pogoda, jak to w górach zepsuła się w pięć minut. Słownie: pięć! Jak by mi kto opowiadał to pewnie bym nie uwierzyła.