POLKA WE WŁOSZECH - BLOG

GDZIE DOBRZE ZJEŚĆ WE FLORENCJI?

Tak żeby przerwać na chwilę ten cytrusowy ciąg... Bo się tu troche zbyt monotematycznie zrobiło...

Za to powrócę do leitmotivu niektórych artykułów z bloga: czyli mojego ukochanego planu B. Spawdza się nader często, bo Włochy tak mają, że dużo rzeczy tu nie wypala, ze względu na rozmaite przypadłości bardziej lub mniej wiarygodne i dobrze jest mieć w zanadrzu jakąś alternatywę do już zaplanowanych atrakcji.

Ambitne plany na pełen atrakcji dzień

Na dzisiaj miałam zaplanowane trzy rzeczy – i wszystkie trzy miały skończyć jako ciekawe artykuły na blogu.

  1. Festiwal toskańskiej kuchni ludowej.
  2. Muzeum Historii Naturalnej La Specola, zaklepana wizyta z przewodnikiem.
  3. Ewentualnie Food trucki w Parku Le Cascine, ale to już niekoniecznie.

Z trzech przewidywanych, drugi – ten najważniejszy, dla którego w ogóle znalazłam się we Florencji - wypadł z programu, bo zwiedzanie z przewodnikiem się nie odbyło. Z braku chętnych. Ilość minimalna takich chętnych to co najmniej 5 sztuk, a zamówiły tylko dwie osoby. I żeby było weselej, to ja nie dostałam powiadomienia, że imprezka się nie odbędzie ze względu na brak chętnych i polazłam tam właściwie na próżno. Wobec takiego stanu rzeczy food trucki zostawiłam odłogiem. Tym bardziej, że pierwsza imprezka wypadła nadspodziewanie dobrze i zaspokoiła moje blogerskie wścibstwo! I o tym będzie.

Tramwaje we Florencji

Ale zanim przystąpię do zachwytów, to wspomnę tylko z kronikarsko-blogerskiego obowiązku, że Florencja jest właśnie w trakcie wzbogacania się o kolejne linie tramwajowe.

Miasto przypomina jeden wielki plac budowy.

Krótkie fragmenty właśnie tworzonych torowisk  ozdabiają miasto w sposób dla mnie całkowicie niezrozumiały i przeszkadzają poruszać się po mieście nie tylko pojazdom, ale także na piechotę!

Wbiłam się właśnie w taką tramwajową pułapkę i przez kilka minut lazłam jak zbieg ze szpitala dla psychicznie chorych  poboczem jakieś ruchliwej ulicy w samym centrum Florencji. Zabawa dla samobójców...

To tak dla ostrzeżenia tych nieświadomych  niczego śmiałków, którzy by się chcieli wybrać do Florencji samochodem. Stanowczo odradzam!

Festiwal ludowej kuchni toskańskiej w Eataly we Florencji

Trafiłam na to z polecenia Facebooka. Już wspominałam, że fejs nie służy mi absolutnie do oglądania śmiesznych kotów!  Nie! Ja fejsa używam do pracy, do kontaktów z wartościowymi ludźmi oraz do poznawania ciekawych miejsc i wydarzeń, które potem mogą posłużyć mi jako natchnienie dla nowych artykułów na bloga!

Otóż już kilkanaście dni temu fejs podsunął mi informację, że dzisiaj i jutro w restauracji Eataly będzie się odbywał festiwal ludowej toskańskiej wyżerki.

No właśnie, to coś dla mnie i dla mojego bloga! Ostatnimi czasy definitywnie się już zitalianizowałam i wszelkie włoskie jedzonko zaczęło odgrywać w moim życiu dużo większą rolę niż dotychczas. Niestety objawia się to nieco nadmiernym i niepożądanym porostem czterech liter... No ale sami powiedzcie, jak tu się oprzeć kuchni włoskiej???

Oryginalna restauracja we Florencji

A skąd taka nazwa im się urodziła? Eataly to zlepek z dwu angielskich słów: „eat” i „Italy”.

No właśnie jest jakoś tak międzynarodowo tu w tym centrum Florencji a także szansa, że trafią tu turyści z całego świata! No i jedzenie wiąże się ze słoneczną Italią bardzo ściśle. Żeby nie powiedzieć nierozerwalnie! Ale, jak przyznają założyciele całej imprezki, „jedzenie” to nie tylko rzeczownik czyli produkty żywnościowe odpowiednio przetworzone i podane w smaczny i atrakcyjny sposób. To także czasownik czyli przebywanie ze sobą przy stole, kultura spożywania posiłków, współne biesiadowanie i cieszenie się życiem! To jest to, co wszystkim turystom tak zapada w pamięć po każdych wakacjach spędzonych w kraju makaronu i pizzy, te chwile spędzone przy dobrym posiłku w doskonałym towarzystwie, w nastrojowej knajpce. Myślą przewodnią Eataly jest pokazanie wszystkiego, co się z jedzeniem wiąże. Od najwyższej jakości produktów spożywczych do kupienia samodzielnie w pierwszej cześci lokalu...

Wędliny i sery.

Świński ryj też. Znaczy, to się chyba głowizna nazywa...

Ziółka.

Sosy pomidorowe.

Jaja. Każde osobno opakowane... Chyba lekkie przegięcie...

Pieczywo.

I można sobie przez szybę popatrzeć, jak to pieczywo się wyrabia! Pani babrająca się po łokcie w cieście chlebowym  ma robić za świadectwo świeżości wypieków!

Makarony.

Makarony.

Makarony.

To nie ja się powtarzam, to oni! Włosi!

Makarony raz jeszcze! Tu pokazane z odpowiednimi do nich sosami.

Oliwa z oliwek – w takim wyborze to widywałam tylko na specjalistycznych wystawach!

No i na koniec wina toskańskie!

Ale to tylko wstęp do rozmaitych atrakcji. Kanjpa jest wielopoziomowa, ma mnóstwo salek, zakamarków i dużo fajnych pomysłów na uatrakcyjnienie samego przebywania w tym miejscu!

Odbywają się tu bowiem nie tylko kursy czy pokazy gotowania...

Salka dydaktyczna.

... ale są też organizowane „gościnne występy” kucharzy i szefów kuchni z całych Włoch!

Zdaje się że akurat teraz goszczą Sycylijczyka... No to już wszystko powiedziałam... Mniamciu!!!!

No i na koniec festiwale wyżerki takie, na jaki ja dzisiaj trafilam. A taki festiwal działa tak, że w sali tuż za działem piekarniczym goszczeni są przedstawiciele innych restauracji za swoimi pokazowymi daniami.

Na wejściu wykupuje się w kasie takie żółte plastikowe żetony i potem jazda na salę wybierać, na co ma się ochotę! Są proste dania za jednego żetona, lub te bardziej wyszukane za dwa żetony. Do tego można sobie zamówić obojętnie jakie winko za kolejnego żetona.

Winko mnie nie obchodziło, wybrałam sobie tortellinki...

...z sosem ragù z wołowiny Chianina (włoska nastarsza rasa bydła na mięso)...

I już gotowa potrawa. Nazywa się to il tortello con ragù di chianina.

Jak się robi pici

Myślałam, że wszelkie pokazy  odbywają się o określonych godzinach i jakoś tak z większym zadęciem... A właśnie że nie. Można było sobie wejść i popatrzeć. Rodzaj makaronu którego wyrabianie małam możliwość obejrzeć nazywa się „pici” i jest pyszny!!!

Na dodatek nikt nie krył przede mną w tajemnicy przepisu: kilo mąki, do tego woda, sól i odrobina oliwy z oliwek do smarowania pół-gotowego ciasta.

Ciasto należy wyrobić na taki mięciutki placuszek. Polać oliwą z oliwek, rozmazać tę oliwę ręką po całej powierzchni.

Pokroić w takie drobne paseczki.

Uturlać paseczki w takie cienkie wężyki.

Upaprać w dodatkowej mącę...

I lekko poskręcane ułożyć na tacce.

Niech podeschną, tak z kilkanaście minut i potem można je rzucać na gorącą wodę w odpowiedniej ilości, zależnie od ilości chętnych do spożycia (Włosi liczą na ogół po 100 gram suchego makaronu na każdego biesiadnika). I zjeść z sosm pomidorowym, ragù albo pesto. Pychotka!

Pozostałe działy restauracji Eataly we Florencji

W kolejnej części restauracji jest wydzielona część z piecem do pizzy.

A w jeszcze kolejnej można kupić sobie rozmite wymyślne utensylia kuchenne.

No i już na sam koniec dobry myk: wszlkej maści torebki, sakiewki, woreczki, śniadaniówki, żeby ulubione jedzonko móc ze sobą zabrać do domu i tam oddać się rozkoszom podniebienia.

Miejsce warte polecenia. Zrobione z głową i żyłką do interesów. Nie sposób wyjść z takiego miejsca z pustymi rękami! (i pustym żołądkiem!!!)

Adres Via martelli, 22R, Florencja.

Po więcej informacji na temat aktualnych wydarzeń zapraszam do mnie!

 

 

 

 

 

 

comments powered by Disqus