POLKA WE WŁOSZECH - BLOG

GDZIE FAJNIE ZJEŚĆ W KATANII

GDZIE FAJNIE ZJEŚĆ W KATANII

Nigdy w życiu nie myślałam, że się aż tak zmakaronizuję, by opisywać żarcie. A może  nie tyle żarcie, ile przybytek gastronomiczny super klasy.  I to wcale nie żadna restauracja z tak zwanej „najwyższej półki”, gdzie za obiad czy kolację płaci się tyle, że potem jak przychodzi kelner  z rachunkiem, to wszystko człowiekowi w gardle staje. Nie. Klasa lokalu właściwie dotarła do mnie po dłuższej chwili... Ale może od początku.  Po całym bardzo intensywnym dniu spędzonym po części w gajach cytrusowych, a po części na poszukiwaniu tematu do bloga (uwieńczonym sukcesem ale o tym w odpowiednim temacie) tak prozaicznie zachciało mi się jeść. Ze sobą w hotelu miałam kilogram osobiście uzbieranych pomarańczy i pół małej butelki wody... Trochę mało.  Jakieś białko i węglowodany by się przydały... Byłam już piorunsko zmęczona i niespecjalnie chciało mi się snuć po Katanii w poszukiwaniu jakiejś piekarni... Tym bardziej, że dzień wcześniej odbiłam się od zamkniętych drzwi mojej ukochanej piekarni w Katanii. Za późno przyszłam. Samolot mi lądował o 21 z kawałkiem, potem mi zwiał autokar do centrum Katanii, zanim w końcu dotarłam do hotelu, rzuciłam walizkę i jeszcze raz wyszłam, to zdązyli już wszystko pozamykać...

Naprzeciwko mojego drugiego  hotelu w Katanii funkcjonowała restauracja – nie przepadam za łażeniem po restauracjach, bo samej to średnia przyjemność... Postanowiłam jednakże zaryzykować, niech się dzieje  co chce. Cena przestawała odgrywać jakiekolwiek znaczenie wobec faktu, że żołądek zaczynał mi już powoli przysychać do kręgosłupa. O randze knajpy niech świadczy dziewczyna na wejściu witająca gości lampką wina do wyboru z misy wypełnionej kostkami lodu...

Zasiadłam przy stoliku. Pierwsze wrażenie ok. Drugie, trzecie i kolejne nieco przybladło. Na zainteresowanie ze strony kelnerki czekałam kupę czasu. Poza tym rosło i dojrzewało we mnie przekonanie, że wejść tutaj to był duży błąd, wożą się zarazy jedne, knajpa na wysokich obrotach, za jedną głupią pizzę zapłacę jakieś kosmiczne pieniądze...

Ale jak już wspomniałam zmęczona byłam nieziemsko, głodna także samo, nie zdobyłam się więc na demonstracyjne opuszczenie niesympatycznej knajpy.  Dla zajęcia czasu rozejrzałam się po wnętrzu.  Za mną ukazało się coś takiego:

Sfotograowałam niezwykłość i opublikowałam na fejsie. 

Przez jakiś czas bawiło mnie czytanie polubień i  komentarzy moich rodaków których liczba w momencie pisania tego tekstu oscyluje w okolicach dwustu.

A jak opublikowałam siebie w gaju  pomarańczowym to polubiłem było o wiele mniej... Ciekawe dlaczego?...

Druga ściana już mniej efektowna ale także wypełniona kolekcją win.

Wreszcie po dłuuuuuugim czasie udało mi się przydybać kelnerkę i pożalić się, że prawie godzinę czekam na zainteresowanie z jej strony. Przeprosiła ogniście, przyjęła zamówienie. Po chwili wróciła do mnie i konfidencjonalnym szeptem wyjawiła, że przyspieszyła moje zamówienie. Faktycznie dostałam pierwszą pizzę, jaka wyjechała z piekarnika!!! Najwyraźniej ktoś zamówił to co ja i ja mu to zeżarłam!!!

Nakarmiłam trzewia takim specyjałem...

 

... i wróciły mi zdrowe zmysły. Tym razem już porządnie rozejrzałam się po lokalu, zawarłam bliższą znajomość z panem produkującym pizze, a potem pokręciłam się jeszcze po lokalu cykając telefonem kolejne zdjęcia. Nikt mnie nie przegonił, więc czuję się usprawiedliwiona i uprawniona do publikacji.

Pan od pizzy w akcji...

 

Robil wszystko tak szybko, że żadne zdjęcie nie wyszło mi ostre i nieporuszone! No nic - publikuję te najwyraźniejsze. 

Jak się okazuje rewelacyjna pizza to tylko część działalności tego „kombinatu gastronomicznego”. Dalej za szybą urzędowali kucharze (tu akurat wszyscy się gdzieś pochowali, porzucając miejsce pracy).

W witrynce spoczywały przeróżne kawały mięs by wielbiciele rzetelnego steka mogli sobie wybrać, na co mają ochotę.

Przystawki i wymyślnie przygotowane jarzyny miały swój osobny kącik...

Ja, zwolenniczka brokuła prosto z wody (nawet nieposolonej) nawet nie wiedziałam, że jarzyny można przygotować na tyle sposobów....

Zaś na samym końcu odkryłam coś szalenie pomysłowego: otóż okazało się, że wszystkie potrawy serwowane elegancko w knajpie, można było sobie wziąć też na wynos i skonsumować w domu! Elegancko przygotowane w głębokich półmiskach czekały, aż ktoś coś sobie kupi.

Na zewnątrz lokalu powystawiane były stoliki i gdyby nie fakt, że było już nieco chłodno, to sama bym chętnie zjadła pizzę na świeżym powietrzu. Nieco z boku poukładane były wszelkie jadalne morskie stwory. Do wyboru i koloru. Zrobiłam zdjęcie tylko i wyłącznie dla blogerskiej skrupulatności, bo nie lubię dań rybno – morskich.

Gdy nazajutrz przechodziłam obok to aż się zdziwilam! Miejsce tak fascynujące, tak atrakcyjne, tętniące życiem i z niesamowitym klimatem za dnia prezentuje się mniej niż przeciętnie... Jak Bogackiego za dnia ominęłabym je szerokim łukiem, w ogóle nie zwracając na nie uwagi... I pozostałabym w błogiej nieświadomości co kryją w sobie niepozorne szare mury...

Zdjęcie wykonane z miejsca w którym nocowałam, i o którym będzie osobny wpis.

I teraz jeszcze najważniejsza rzecz. Za jedną gigantyczną pizzę, conajmniej 40 cm średnicy, oraz pół litra wody (niestety w plastikowej butelce, co wobec wszystkich poprzednich wspaniałości okazało się dużym zgrzytem) zapłaciłam 9 euraków. Słownie dziewięć!!! A słowo daję, że już bylam mentalnie przygotowana na conajmniej 25...

Dla zainteresowanych: knajpa nazywa sie Osteria Panecaldo, adres:

Via Michele Rapisardi 7/9, Katania. Naprzeciwko teatru Bellini. Teatr to ten budynek po prawej stronie, z arkadami.

Aha i jeszcze jedno: jestem fanatyczką pizzy. Wiem doskonale jakie mi smakują, a jakie są bylejaką profanacją ideału. Ta była epokowa! Niedościgniony smak, aromat, proporcje wszystkiego!!!

Podejrzewam więc, że wszystkie serwowane tam dania maja podobne walory smakowe... Warto się tam pofatygować naprawdę!

 

 

 

 

 

comments powered by Disqus