POLKA WE WŁOSZECH - BLOG

OPOWIEŚĆ PANA D'AGATI - PREZESA KONSORCJUM "IL TARDIVO DI CIACULLI"

 

Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie pod koniec mojego zwiedzania zakładu gdzie są przygotowywane do sprzedaży mandarynki późnej odmiany Ciaculli, przyjechał sam prezes Konsorcjum pan Govanni D’Agati. Zapytał się czy mi sie podobało, a otrzymawszy moją entuzjastyczną odpowiedź zabrał mnie samochodem na swoją osobistą plantację. Krótki wywiad na temt mandarynek i Konsorcjum to po raz pierwszy taka forma zapisu u mnie na blogu. Ale mam nadzieję, że się spodoba.

 

- Zabiorę Cię tam, gdzie rosną moje mandarynki.

- Daleko?

- Nie. O tam po wschodniej stronie.

Te ziemie noszą nazwę Złotej Doliny. Na tych terenach uprawiano cytrusy od końca XIX wieku.

Cytrusy? To znaczy, że nie zawsze uprawiano tu wyłącznie mandarynki?

- Nie. Na mandarynki plantatorzy przestawili się  dopiero w pierwszych latach XX wieku. I była to odmiana o nazwie  Havana, które owocują od października do stycznia.

- Czyli to inne jakieś niż teraz?

- Tak. Mandarynki późnej odmiany Ciaculli zostały odkryte w sumie przypadkiem w latach 50tych XX wieku. Na dalekich peryferiach Palermo, w miejscowości Ciaculli odkryto spontanicznie wyrosłą odmianę drzewa mandarynkowego. Drzewo to kwitnie mniej więcej w marcu-kwietniu. Czyli o wiele później niż mandarynki odmiany Havana. No i to wlaśnie te drzewka dały początek naszym specyficznym uprawom.

- Ile hektarów jest przeznaczone pod uprawę mandarynek?

- W tej chwili około tysiąca pięćset hektarów. A kiedyś tego było aż 15.000 hektarów. Kiedyś w ogóle były tu ogromne i rozległe posiadłości. Zobacz, jakie mury mijamy.

Te mury ograniczały teren plantacji mandarynek. I to nie tylko dla odseparowania plantacji od miasta, czy ulicy, ale także jako zapora przeciwko złodziejom. Dzisiaj te mury nie są w najlepszym stanie, ale sama pomyśl mają ponad 200 lat i nigdy nie były remontowane. Potem oczywiście z biegiem czasu się to zmieniało. Posiadłości zostawały rozdzielane, zmieniały właścicieli,  my zostaliśmy na tej cześci.

Zmniejszenie ilości ziemi pod uprawę jest następstwem braku spójnej polityki rolnej prowadzonej nie tylko przez państwo czy region ale też przez samo miasto. Za pierwszej kadencji  prezydenta miasta pana Orlando, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych zaczęto napomykać coś na temat parku rolniczego w granicach miasta Palermo. Zgłosiło się kilku chętnych do tego projektu, bo wydawał się sensowny i mogł przynajmniej cześciowo rozwiazać istniejące problemy, ale niestety, potem politycy nie mieli odwagi dalej go poprowadzić, projekt zdechł w zarodku... Z piętnastu tysięcy hektarów pozostało tylko około tysiąc pięćset. Zdecydowana wiekszośc została zalana cementem. Mówię tu o tych wszystkich budowlach postawionych bez zezwolenia, które mijamy po drodze.

Miasto nic w tym kierunku nie zrobiło aby ograniczyć te dzikie konstrukcje.

- O jakich problemach mowa?

- Jak już powiedziałem, w  tej chwili nie ma już wielkich połaci terenu pod uprawę ani wielkich właścicieli ziemskich. Takie rozdrobnienie działek pod uprawy  skutkowało tym, że coraz trudniej było utrzymac produkcję mandarynek na wystarczająco wysokim poziomie. Także pod względem odpowiednich ilości. Małe plantacje produkujące mandarynki nie dawały  rady stawić czoła coraz większym kosztom produkcji.

Poza tym plantatorzy jeszcze w latach czterdziestych  ubiegłego wieku zwęszyli w spontanicznie wyrosłej odmianie mandarynek całkiem dobry interes. No same zalety! No bo przecież w tym okresie kiedy te mandarynki dojrzewały, to nie było na rynku już zbyt dużego wyboru cytrusów! Sielanka trwała aż do lat 80tych ubiegłego wieku. Potem nadprodukcja innych cytrusów, nieuregulowany import klementynek  i innych odmian mandarynek oraz dzika konkurencja na rynku sprawiły, że uprawy podupadły. A dojrzewające owoce były zwyczajnie wyrzucane...

- Nieeee! Naprawdę???

- Tak. Potem jeszcze dogodziła plantatorom mandarynek polityka rządu z jakimiś dopłatami, co się opierały na zasadach ilościowych w sumie niewspółmiernych do trudności w tej specyficznej uprawie. Gwoździem do trumny okazała się wspołpraca z jakimiś pośrednikami zainteresowanymi własnym dochodem, a nie dobrem mandarynek i tych co je uprawiają. No a sama zobacz, jakie tu są niedogodności w uprawie. Zwróć uwagę na teren. Uprawy są umieszone tarasowo na zboczach wzgórz okalających miasto Palermo.

Jak widzisz są to dosyć strome zbocza. Tu w tej chwili jedziemy jeszcze przez tę niższą część terenów. Pomyśl tylko jak zwiększają się koszty produkcji w momencie kiedy posiadłośc znajduje się tak jak tam widać, na zboczu góry. Żaden traktor tam nie wjedzie ani żeby zaorać ziemię, ani żeby wytrzebić chwasty, ani żeby spryskać  drzewa środkami ochrony roślin. Nawet małą kosiarką trudno się po takim czymś poruszać.  Całkowity brak mechanizacji prac. Ten sam problem jest z nawadnianiem takich terenów. Owszem, wodę można doprowadzić. I znowu koszty z systemem przewodów nawadniających. Energia potrzebna do wpompowania wody na odpowiednią wysokość. Budowa odpowiednich rur i przewodów. A i raz nawieziona woda zaraz spłynie pozostawając w ziemi o wiele za krótko, by dobrze nawodnić rośliny. Dlatego potrzebujemy jej o wiele więcej... A przy zbiorach? Skrzynka mandarynek swoje waży. I co, na grzbiecie mamy ją znosić z góry? I jeszcze się potknąć i zjechać w dół na tyłku? Właśnie w celu ulepszenia transportu na dół zebranych mandarynek kiedyś skonstruowano te specjalne szyny, po których zjeżdzały wózki wypełnione świeżo zebranymi mandarynkami.

Nasi producenci to w zdecydowanej wiekszości ludzie starsi, już nie te siły, nie to zdrowie. Brak wymiany pokoleniowej. Młodzież wyjeżdża za pracą, w poszukiwaniu lepszych zarobków i mniej męczącej pracy. A dorobek kilku pokoleń ulega zagładzie. I wlaściwie nie ma tego jak odzyskać... Ale ja mam nadzieję,  że mandarynki nadal będą się tu rodziły, poki jesteśmy my, kilku staruszków, którzy starają się aby  wysiłek i praca naszych ojców nie zostały zaprzepaszczone.

- I nie ma nowych młodych producentów?

- Kto chce rozpocząć działalność produkcyjną to jest mu trudno. Mówiłem ci o braku polityki rolnej na tych terenach. Nikt dzisiaj nie chce podejmować takiego ryzyka...

- No a Wasze Konsorcjum? Jak sobie z tym poradziło?

- Myśmy wystartowali od praktycznie rzecz biorąc zera. Zewsząd nas dobijała konkurencja, nieuczciwi pośrednicy zarabiający na nas krocie, małe plantacje nie dawały rady, mnóstwo ludzi porzucało uprawę, zostawając na pastwę losu na wpół zdziczałe rośliny... No i wreszcie nadszedł moment by powiedzieć dość.  Utworzyliśmy Konsorcjum. Z samego początku było nas cztery gospodarstwa, potem dziewięć, a w tej chwili Konsorcjum daje pracę około 400 osobom. Żeby zdusić w zarodku wszelkie dotychczasowe problemy Konsorcjum nałożyło na siebie dosyć rygorystyczne zasady prowadzenia poszczególnych firm. Tak z punktu widzenia produkcji czyli jakości i stosowanych środków ochrony roślin, jak i z punktu widzenia prawnego. Gospodarstwa obowiązkowo mają być na bieżąco z podatkami, firma ma być zarejestrowana i nikogo nie ma prawa zatrudniać na czarno. A rozliczenia z członkami robione są  na zasadzie jakości wkładu we współpracę oraz proporcjonalnie do jakości produktu dostarczonego do naszego zakładu, gdzie pakujemy i wysyłamy.

- W jakim sensie jakości?

- Bardzo dbamy o jakość naszych produktów. Bo mandarynka późnej odmiany Ciaculli to nie jest jakaś tam mandarynka. To produkt specyficzny, z rośliny endemicznej, a my wszyscy własną twarzą za to gwarantujemy!

- Kim są wasi klienci?

- Dostarczamy  mandarynki dla supermarketów, z którymi współpraca, wbrew temu co się słyszy dookoła, układa się całkiem dobrze! Mają swoje wymagania, ale płacą regularnie. Oczywiście wszystko ma swoje za i przeciw. Ale tu możemy liczyć na mniej więcej regularne zapłaty. Wobec ilości jakie produkujemy corocznie to jest od 3 do 4 tysięcy ton mandarynek,  to wiadomo, że trudno współpracować z małymi odbiorcami. Mandarynki dostarczamy  luzem w kartonach lub skrzynkach, albo w siatkach. Z listkami dla wyglądu i bez listków. Na rynek krajowy, ale także za granicę. Nawet do krajów Europy wschodniej.

Zdajemy sobie sprawę, że rynek jest nieco rozpieszczony słodkimi klementynkami bez pestek. Nasza mandarynka z pestkami natrafia na pewne problemy w znalezieniu amatorów... Ale jesteśmy zdania że konsumentowi warto podsunąć tradycyjny, niepowtarzalny, autentyczny  smak naszych mandarynek.

- Dzieki serdeczne za pokazanie mi małego skrawka raju!

- Musisz tu przyjechać kiedy to wszystko kwitnie! Mamy tutaj dwa okresy kwitnienia. Ten z mandarynki i ten z nieszpółki.

Tak wyglądają rosnące owoce nieszpółki.

Myślę że temat jest jeszcze do zgłębienia. Zainteresowało mnie bowiem stwierdzenie wypowiedziane przez pana D’Agati na temat zasobów geologicznych tego terytorium... Ciekawe co miał na mysli....

comments powered by Disqus