POLKA WE WŁOSZECH - BLOG

PRATO I JEGO NIESPODZIANKI

Prato ma w zanadrzu parę naprawdę nietuzinkowych niespodzianek. Wszystkie opiszę w swoim czasie, ale zacznę od czegoś co naprawdę może zaskoczyć, dopóki się człowiek nie wgłębi w codzienność tego miasta.

Społeczność chińska w Prato

Patrząc po zdjęciu głównym ktoś może pomyśleć: oszsz pomyliłem bloga... Nie. Nie pomylił. Moje miasto to jedno z największych skupisk społeczności chińskiej w Europie. Teoretycznie i oficjalnie niby trzecie we Włoszech po Rzymie i Mediolanie, ale to chyba bajki o duchach. Oficjalne dane swoją drogą, a życie jak wiadomo - swoją. Na nielegalu żyje ich tu dużo więcej niż państwowe dane podają.

Na codzień obecność Chińczyków przejawia się w hurtowniach z odzieżą, szwalniach, pracowniach krawieckich, restauracjach, barach no i oczywiście na ulicy. Włosi narzekają na obecność Chińczyków prawie wyłącznie ze względu na fakt „odebrania” im pracy. Chciałoby się zapytać: To po cholerę oddawali? Nie jest to jednakowoż zagadnienie proste. Chińczycy mają zupełnie inny system wartości, inaczej podchodzą do społeczności jako jedności, jednostka to nie to co wystawiana na piedestał jednostka europejska. Stosunek do pracy to zupełne przeciwieństwo Włochów... Poza tym praca Chińczyków nierzadko odbywa się na czarno, bez zachowania jakichkolwiek norm bezpieczeństwa, w paskudnych warunkach. Powszechne jest tu w Prato przekonanie, że oni pracują, jedzą i śpią w jednym pomieszczeniu. I pomieszczenie to pełni rolę tak pracowni/hali produkcyjnej jak jadalni czy sypialni. Dzięki takiej „polityce” Chińczycy unikają płacenia podatków, bądź zatykają gęby kolejnym kontrolom jakimiś gigantycznymi łapówkami, a wynajęte lokale i oprzyrządowanie eksploatują na czarno za pół darmo.  No i pracują tam na trzy zmiany... Nic więc dziwnego, że towar wyprodukowany w takich warunkach kosztuje jedną dziesiątą tego, co za podobny mogą zaśpiewać sobie Włosi. I ci Włosi nie wytrzymują konkurencji, poddają sie niekiedy po nawet dosyć zaciekłej walce. Ale takiego tempa, rytmu i cen mało kto jest w stanie dotrzymać.

Do obiegowych przekonań Włochów na temat Chińczyków należy również ironiczne stwierdzenie, że w Prato nie ma wałęsających się psów i kotów... Pozostałą część tego stwierdzenia pozostawiam wyobraźni czytelnika.

Chiński Nowy Rok

Ale są i pozytywne efekty koegzystencji dwóch nacji w jednym mieście. Na przykład Święto Nowego Roku. Znane też pod nazwą Święto Wiosny, obchodzone zależnie od kalendarza księżycowego, trwa około piętnastu dni i kończy się Świętem Latarni/Lampionów.

Władze miejskie spinają się raz do roku, żeby ustaysfakcjonować społeczność chińską blokują dla ruchu samochodowego fragment miejscowego Chinatown i rusza chińska impreza!

Pod względem wagi święta można je przyrównać do naszego Bożego Narodzenia. To czas kiedy rodziny się zbierają do kupy, poświęcają sie modłom buddyjskim, oczyszcza się dusze i domostwa z zaległości poprzedniego roku, by dać miejsce szczęściu i powodzeniu kóre ma nadejść w nowym roku.

Rok 2016 to rok małpy według chińskiego zodiaku.

Jak Chińczycy w Prato obchodzą święto lampionów

A tak wyglądał fragment głównej ulicy naszego Chinatown dzisiaj po południu.

Jak widać ulica odgrodzona od normalnego ruchu samochodowego.

Niebieska „brama” została skrytykowana przez moją znajomą Chinkę, na którą natkęłam się wśród tłumu prawdziwym, a nie wymuszonym przypadkiem. Otóż powinna owa brama być cała czerwona ze złotymi dodatkami. Sinolodzy i eksperci w materii chińsko buddyjskiej mogą uzpełnić moją wiedzę, dlaczego akurat czerwony  kolor...

A tutaj sklep chyba jedynego, najodważniejszego Włocha, który uporczywie nie chce się stąd przenieść do innej dzielnicy.

Ten fragment miasta jest już w całości obsadzony przez Chińczyków, a pan Signori Vasco, prowadzący sklep z utensyliami, rurami, przewodami, śrubkami, gwożdziami i rozmaitymi narzędziami nadal dzielnie trwa na posterunku. Wszyscy inni już dawno zrejterowali i sprzedali swoje sklepy Chińczykom.

Ozdoby uliczne.

 

Zabawa dla dzieci.

Egzotyczne żarcie też było, ale na ogół w chińskich barach i restauracjach, których jest tutaj zatrzęsienie. Natomiast po południu można było kupić takie coś w kształcie hm... jak by tu elegancko... Fallicznym.

Sprzedawał Chińczyk i to jest jeszcze ok.

Natomiast te bambusowe kije i potem oskubane ich wnętrze, do żucia (!) sprzedawał murzyn...

I jeszcze jedna ciekawostka. Na zapleczu jednej chińskiej restauracji na pojemnikach na śmieci wystawiony został karton z napisem „ROBACZKI”.

Napis był po włosku, i jak by pod spodem nie było napisane Made in China to bym przeszła obok tego prawie że obojętnie, ponieważ „vermicelli” to rodzaj kształtu włoskiego makaronu, całkiem spoko i ok.

Natomiast chińskie produkty spożywcze od razu przywodzą na myśl nie powiem co...

Tym razem nie będę jakoś szczególnie zapraszać. Wiadomo,że jak kto chce obejrzeć coś porządnie chińskiego to sobie zaoszczędzi kasę i poleci do Chin. Tak tylko jako ciekawostke opisałam.

comments powered by Disqus