POLKA WE WŁOSZECH - BLOG

UDANE WAKACJE WE WŁOSZECH

No, nie jest to tak do końca niemożliwe! Są tacy, którzy przeżyli i nawet są zadowoleni! No ale żarty na bok. Tak ze dwa, trzy lata temu, jak usiłowałam wprowadzić w życie jeden mój mały projekt, to rozesłałam po znajomych, tych realnych i tych wirtualnych, taką małą jakby ankietę. Pytania skupiały się wokół zagadnienia:

Czego właściwie człowiek oczekuje po wakacjach we Włoszech?

Przy czym kilka z nich dotyczyło szczególnie Sycylii. Na co jedna sztuka, już nie pamiętam kto, odpowiedziała mi: Sycylia??? Ale tam jest gorąco i jest mafia... Ręce mi opadły. Dlatego postanowiłam sobie za punkt honoru przybliżyć polskim czytelnikom...

Z czym się wiążą wakacje we Włoszech?

Od tego czasu staram się dosyć regularnie monitorować wszelkie opowieści turystów z rozmaitych krajów, jak to było w ich przypadku. I jak to zwykle bywa napotkałam na mnóstwo opinii tak pozytywnych jak i negatywnych, przesądów, plotek, nieprawdziwych przekonań, w większości opartych na jednorazowych wydarzeniach, czasem miłych, a czasem wręcz przeciwnie. Szczególnym sentymentem darzę zaś włoskie wspomnienia, do powstania których chociaż odrobinkę się przyczyniłam, ponieważ bardzo często zdarza mi się służyć informacjami, jak i gdzie spędzić krótszy lub dłuższy urlopik we Włoszech. I tak jak w tym przypadku, tu podsunęłam parę pomysłów i miejsc. Oto co do mnie napisała osoba, której pomogłam ustalić kilka szczegółów dotyczących pobytu i podróży czteroosobowej rodziny, własnym samochodem przez całe Włochy:

„Powoli wracam do rzeczywistości i szarego, deszczowego życia… Parę obserwacji, przemyśleń, doświadczeń, z mojej prywatnej perspektywy. Nie jest to perspektywa przeciętnego Polaka, którego marzeniem jest spędzenie tygodnia w Rimini, za jak najmniejszą kasę w hotelu all-inn”.

No właśnie. Ci państwo również znali z opowiadań włoskie realia: „Przed wyjazdem nasłuchaliśmy się strasznych oraz fajnych rzeczy. Opowiadaniami-horrorami obdarzyli nas Belgowie, część z nich jeździ regularnie do Włoch (do rodziny itp), część wybrała się jednorazowo. O fajnych rzeczach opowiadali nam Sycylijczycy z pochodzenia. Te złe rzeczy to np. przekręty z wynajmem samochodu, hotel z milionem turystów i gburowatym personelem, itp. Olew na to, bo jechaliśmy własnym wozem i unikamy hoteli z bufetem przy którym Rosjanie rzucają jedzeniem pod stół. Mieliśmy też swoje własne obawy wynikajace z doswiadczenia:

-      że po dojechaniu na miejsce okaże się, że nikt o naszej rezerwacji nie słyszał – doświadczenie z Czech, Wegier i Wlk.Brytanii;

-      że na każdym skrzyżowaniu oblezie nas stado dzieci myjących szyby, sprzedawców pamiątek, pucybutów itp ( Wegry, Slowacja!);

-      że w każdej knajpie zostanie nam dopisane coś do rachunku ( Budapeszt- za plasterek cytryny 0,50 euro, z obsługę plus 300 forintow, jakieś dodatkowe piwo, którego nikt z nas nie zamawiał);

-      że jak zostawimy auto na parkingu, to po powrocie będzie stało na cegłach i z wybitymi szybami. 

Żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła!!!!

Rezerwacje załatwiane przez mejla, nie przez oficjalne strony typu booking.com, się zgadzały. Te przez booking.com też się zgadzały. W miejscach, gdzie własciciel/personel nie mówili po angielsku/niemiecku/francusku, zawsze znalazł się jakiś krewny, sąsiad który trochę pomógł. W miejscach bez uczynnego pomocnika ludzie dają sobie radę za pomocą google translate. Nawet tacy, których bym nie podejrzewała o umiejetność skorzystania z komputera. W Messinie widzieliśmy paru osobników z suwenirami na skrzyżowaniu, ale nie byli tak natarczywi jak w Europie Środkowej. Wszystkie rachunki były wystawione porządnie. Ja wiem o coperto (dodatkowa opłata w niektórych włoskich knajpach za obsługę przy stole – przyp. autorki bloga) i się nie marszczę, ale podejrzewam, że przeciętny Polak będzie próbował się awanturować. W Katanii zostawiliśmy auto na parkingu polecanym przez B&B, mieliśmy zostawić otwarte i z kluczem w stacyjce. Gdybyśmy o tym zwyczaju nie słyszeli od kumpla z Aragony, to małżonek nigdy by się na to nie zgodził. Po powrocie samochodzik stał ładnie zaparkowany przy ścianie oklejonej oponami ( żeby nic nie porysować), pan poprosił o mały napiwek w wysokości ceny jednej kawy, daliśmy z przyjemnoscią”.

Makaroniarnia, oprócz rzeczy czasami niezrozumiałych dla obywateli północnej Europy, potrafi również zaskoczyć pozytywnie. I tak... „w jakimś malutkim muzeum w Calabrii nie musieliśmy płacić za bilety, bo >>skoro nie mamy broszurek w państwa języku oraz nasz przewodnik nie mówi po ang/fr/de, to proszę się przejść po wystawie gratis

Makaroniarze mają nawet ciekawe pomysły na niebanalne rozwiązania małych problemików:  „Bardzo fajne – B&B Catania – butelki z wodą - wrzuć pieniążek do skarbonki”.

Z bardzo pozytywną oceną spotkało się miejsce ukryte pod takim adresem internetowym: http://www.letrevolte.it/index.html . Według współautorki dzisiejszego artykułu „niestety, strona internetowa nie oddaje tego miejsca w najlepszym świetle. Celowo??? Cisza, spokój, do morza spacerkiem, basen, fajne żarcie, piec do pizzy opalany drewnem, bardzo miła osługa, rowerki do dyspozycji, dookola cytrusy”.

Nie znałam, ale miło się dowiedzieć o fajnych miejscach. Może i kto inny chętnie skorzysta!

Jedna z celniejszych uwag tej osoby to:„Im bardziej zbaczasz z trasy wydeptanej przez masowego turyste, tym przyjemniej”. W pełni popieram! Włochy mają mnóstwo prześlicznych, malutkich mieścinek, gdzie jedyna forma życia społecznego, to lokalny sklepik z serii mydło i powidło, będący jednocześnie barem, lodziarnią i klubem do grania w karty dla emerytów. Cytując moją dzisiejszą współautorkę wpisu: „malutkie słodkie miejscowości, po których można się było poszwendać bez celu, np. Comitini niedaleko Aragony- zwiedziliśmy pałacyk lokalnego barona, wejście przez bibliotekę, pani oprowadza gratis, trochę historii o kopalniach siarki, fajne oryginalne posadzki”.

Niespecjalnie lubię negatywne oceny włoskich realiów,  ale tutaj muszę się ze współautorką zgodzić w stu procentach: „Pisa – nikt mnie tam nie zaciągnie po raz drugi”. W Pizie faktycznie, poza Placem Cudów (Piazza dei Miracoli), przyozdobionym krzywą wieżą oraz katedrą i baptysterium, jest dosyć mało do oglądania. Podobno jest ogórd botaniczny. Piszę podobno, bo ile razy do Pizy trafiłam, oprowadzając  klientów, znajomych czy rodzinę, to zawsze było to miejsce zamknięte. Możliwe, że jest otwarte w jakąś głupią kratkę i ja akurat zawsze trafiam na zamknięte, ale nigdzie nie znalazłam wiarygodnych informacji JAK to jest otwarte, żeby chociaż  jeden raz trafić... A zależy mi, bo lubię roślinki... Najprawdopodobniej jednakże nie hipotetyczny ogród botaniczny tak odstraszył autorkę wspomnień. Obawiam się, że dokonały tego tabuny turystów, które o każdej porze roku walą na ciasny Plac Cudów, usiłując zrobić sobie głupkowate zdjęcia pod krzywą wieżą. No i wejście na wieżę kosztuje jakieś kosmiczne pieniądze, co też nie sprzyja miłym wspomnieniom. Czteroosobowa rodzina musi dysponować spadkiem po Onassisie, by zaspokoić swe turystyczne żądze...

Miłe zaskoczenia urbanistyczne? „Mantova - moj faworyt! Niestety, trzeba tam miec troszke grubszy portfel niż na południu”.

Katania, jak już nie raz pisałam, jest bardzo specyficznym miejscem. Turystka z poukładanej i rygorystycznej północy przejechała się po tym miejscie samochodem - i: „ być może, bo byliśmy za krótko, facetowi się spodobały jakieś tam zabytki i chciałby je zwiedzić od środka, ale tylko i wyłącznie z prywatnym szoferem, który nas obwiezie po okolicy, bo jazda po tym mieście przyprawiła nas o zawał”.

Ale natychmiast znalazła się i przygoda pozytywna: „Być może dlatego tak nam się spodobała wyprawa na Etnę, bo nie musieliśmy się przedzierać przez tłumy szaleńców na motorkach. Totalny relaks, bo zostaliśmy odebrani spod drzwi i pod te drzwi odstawieni. Przewodnik, Fabio, angielski na porządnym poziomie, ale bardziej mi zaimponowała umiejętność przerzucania się z jednego języka na drugi ( my + Włosi) i zadbanie o to, żeby nikt się nie poczuł wykluczony ze względu właśnie na język. Ciekawe opowieści, nie tylko te dotyczące samej geologii, ale również trochę rzeczy o życiu na i dookoła Etny, trochę anegdotek, sympatycznych, nie urażających, ani wyśmiewających nikogo. Zainteresowanie tym, co robia np. nasze dzieci. Piknik – lokalne bułeczki z różnymi fajnymi nadzieniami i lokalne wino – superowy! Rozumiem, że mogą się znależć turyści, bo czytałam takie uwagi na trip advisor, którzy poczują się zawiedzeni, że nie wrzucono ich do samego krateru, żeby sobie zrobić selfie ekstremalne, ale przecież opis na >>Etna Experience<<  jest jasny i osoba, która tego oczekuje chyba nie potrafi czytać ze zrozumieniem. Czyli jeszcze raz: Etna- dla nas bomba!”

Obwózkę po Katanii prywatnym samochodem załatwiam bezproblemowo! Znam trzech rodowitych katańczyków chętnych takim rozrywkom! Tylko uprzedzić o dacie przyjazdu. Reszta na mojej głowie! I zapewniam, że biorąc pod uwagę specyfikę miejsca, będzie to niezapomniane przeżycie!

Moja dzisiejsza współautorka wpisu dorzuca jeszcze kilka cennych uwag, o których ja nie pomyślałam, by uprzedzić, ze względu na to że już dawno się zmakaronizowałam i te rzeczy mnie absolutnie nie dziwią!

Dobra rada dla podróżujących samochodem – zjedź z autostrady, paliwo jest tańsze o € 0,20/litr w małej stacji benzynowej przy bocznej drodze, obsługa nalewa ‘zupy’ z większym uśmiechem. Ruch drogowy – jestem przekonana, że połowa włoskich kierowców drukuje sobie prawo jazdy na domowej drukarce, buahahahahaha! Totalny zawał i jednocześnie zaskoczenie, bo raczej oczekiwałam wariatów jadących 200km/h, ale ludziska jadą max 130/140. Ale to zygzakowanie!!! Prawa, lewa się nie liczy, grunt to jakoś się trzymać asfaltu, bo jak się poprawia fryzurę na autostradzie (autentyk, facet w białej koszuli, lusterko spuszczane, grzebień w ręce), to rzeczywiście trudno się zdecydować, którym pasem się jedzie, hehehehehehehe… Mój mąż jest zadowolony, bo myślał, że będziemy mieć jakieś spotkania bliskiego stopnia, a tu niespodzianka, jego ukochane volvo wróciło bez zadrapania!

O czym nie wiedzieliśmy? Wtyczki! Inne niż u nas i nie zawsze wszystko pasuje, zwłaszcza te grubsze, okrągłe, i nie wszędzie jest dostępny adaptor. A czasem ma się sto telefonów do naładowania! Dotyczy to całych Włoch”.Jedna rzecz mi się bardzo nie podobała i nie rozumiem dlaczego ludzie mieszkający w tak ślicznych miejscach tak bardzo sobie te miejsca zasyfiają? Śmieci w  każdym rowie (a myślalam, że w tej dziedzinie moje miasto jest liderem światowym), psie kupy, jakies połamane graty, pety powtykane gdzie się da... Dlaczego????? Ja mam troche kuku na muniu jesli chodzi o recycling”.

Ale mimo wszystko „Nasze wakacje były super! Nie zmieniłabym wiele, parę szczegółów, bo musieliśmy się przestawić mentalnie i zwyczajowo, z poukładanej północy na spontaniczne południe. Ale teraz już wiemy, i na 99,99% wrócimy!”

Dorota R., Lipiec/Sierpień 2016

No i tyle w temacie. Wszystkich chętnych na przyjazd do słonecznej Italii serdecznie zapraszam do kontaktu ze mną. Podsunę ciekawe miejsca, podpowiem co i jak warto we Włoszech zobaczyć i będę bardzo wdzięczna za późniejszy feedback tak ze wspomnieniami  jak i oceną moich podpowiedzi co do miejsc i sposobu wypiełnienia czasu! W tej chwili na podobnych wakacjach przeze mnie podsuniętych, tylko że w odwrotną stronę (Sycylijczycy w Polsce) jest moja tutuejsza kumpela z małżonem. Też są zachwyceni, bo podpowiedziałam im Warszawę, Gdańsk i Mazury. I też będę od nich domagac się szczegółowej recenzji. Dlatego, że makaroniarze najczęściej jezdżą oglądać Auschwitz... Więc następnym razem będzie po włosku dla Włochów, nieświadomych urody mego kraju pochodzenia!

Pytania kierować proszę albo tutaj pod wpisem, albo bezpośrednio na maila! Odpowiadam na wszystkie!

Wszystkie zdjęcia w tym artykule dzięki uprzejmości pani Doroty R.

 

 

 

comments powered by Disqus